Witam Serdecznie,
Nowy adres strony na którym znajdziecie moje wpisy to:
http://podrozbezgranic.pl/
Serdecznie Zapraszam:)
Turyści wiedzą gdzie byli, podróżnicy nigdy nie wiedzą gdzie będą!
środa, 4 stycznia 2017
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Tajlandia Dzień Piąty
Otwieram
swoje podpuchnięte oczy po całonocnej walce z wszechobecnym
robactwem i gorącem.
Większość
nocy przestałam przyciśnięta do lodówki która służy mi jako
klimatyzacja.
Ja
chyba zepsuje tą lodówkę!!!
Wychodzę
na nasz tarasik i widzę jak słońce w całej okazałości operuje.
To
będzie gorący dzień!!! Po minucie czuje pot spływający z czoła.
Idę
pod zimną wodę by poczuć choć na chwile zimno na skórze.
Teraz
zimna woda z rana przejęła funkcje gorącej kawy w Polsce.
Siadamy
na tarasie i rozmyślamy co by tu robić???!!!
Nie
chce nam się cały dzień leżeć na plaży tym bardziej, że woda w
morzu nie przynosi ukojenia.
Myślimy
o czymś co uchroni nas od gorąca????!!!!
Wpadamy
na pomysł wypożyczenia skuterów!
Myślimy,
że w ten sposób wiaterek nas będzie chłodził i złagodzi
odczuwalność temperatury.
My
to mamy głowy!!!! ;) Musimy koniecznie przestać pić z rana!
Ewidentnie nam to nie służy!
Koło
naszego „Hotelu” mieści się wypożyczalnia skuterów, więc nie
myśląc zbyt długo od razu ruszamy zapytać się o szczegóły.
150
bth za skuter na cały dzień, to około 15 zł!!!!! Bierzemy dwa!!!
Problemy
zaczęły się kiedy Ania, próbowała kawałek się przejechać.
Pan
właściciel chyba poczuł małe ukłucie obawy przed utratą
skutera, bo zaczął wymieniać powody dla których lepiej byśmy ich
nie brali :)
- Ruch lewostronny
- Brak zasad ruchu drogowego w poruszaniu się
- Zatłoczone skrzyżowania
- Brak ubezpieczenia
- wysokie mandaty
Ania
jednak z uporem próbuje okiełznać maszynę.
Sama
patrząc na to mam pewne wątpliwości.
W
końcu to ja będę pasażerem i moje życie zależy od Ani która
meczy się z odpaleniem skutera.
Jednak
jak już tylko odpala mknie przed siebie i idzie jej......no
powiedzmy ok!
Mina
jej tylko wyraża, że analizuje w głowie prawdopodobieństwo
przeżycia!
Nie
ma czasu jednak na grubszą analizę skoro decyzja została podjęta
10 min temu na tarasie:)
Bierzemy
dwa skutery i w drogę!!!
Pierwszy
problem to wyjazd z naszej ulicy na główną drogę!
Ruch
uliczny jest nieprzerwany. Na ulicy panuje chaos. Dodatkowym
utrudnieniem jest ruch lewostronny.
Mimo,
że skręcamy w lewo ciężko jest się wbić w ciąg skuterów i aut
które nie przestają nadjeżdżać.
Mija
czas... stoimy i zastanawiam się czy na tym nasza podróż się nie
skończy, a że się panicznie boje nie miałabym zupełnie nic
przeciwko!
W
końcu Piotrek mówi, że ma to gdzieś i jakoś to będzie!
Jego
„Jakoś to będzie” wcale mnie nie uspokaja, wręcz nie podoba mi
się co może znaczyć „Jakoś”!?
Zamykam
oczy, ściskam Piotrka jakby miało to w czymkolwiek pomóc i czuję
tylko gaz i znajdujemy się na drodze!
Faktycznie
nie czuję już gorąca tylko paniczny lęk! Zimy pot oblewa mi
skronie.
Jedziemy
tak powoli i niepewnie, że wszyscy nas wyprzedzają, a robią to
mając w nosie zachowanie bezpiecznej odległości. Na pasie znajdują
się skutery, piesi i auta.
Zlewa
się to wszystko w jeden strumień i postanawiamy skręcać tylko w
LEWO!!!!
Cóż
za genialny pomysł! Skręcać tylko w lewo! Doprawdy Super!
Po
ogarnięciu paniki, stwierdzamy, ze mamy pusto w baku! Trzeba
zatankować.
Zatrzymujemy
zapytać się gdzie znajduje się stacja benzynowa, a Pani która
sprzedaje owoce mówi, ze ona ma benzynę wskazując ręką na półkę
z butelkami w których byłam przekonana,
że
jest bimber!!! Całe szczęście, że wcześniej nie chciałam tego
wypić! Bo pewnie pierw bym wypiła a później myślała???!!!!
Ale
kto by pomyślał, że w warzywniaku maja benzynę w butelkach???!!
Tankujemy
do pełna czyli po dwie butelki i mkniemy dalej.
Niestety
pora, by skręcić w prawo!
Stoimy
na skrzyżowaniu, pali się czerwone światło a wszyscy jadą jakby
nie widzieli, ze jest CZERWONE!
Nie
wiemy co robić! W podróży jak nie wiadomo co robić, to najlepiej
to co wszyscy, więc patrząc na czerwone światło Piotrek dodaje
gazu i skręca, niestety jedziemy wprost na skutery pod prąd.
Tajowie nam machają w przerażeniu i zjeżdżamy na chodnik gdzie
znajdują się jeszcze bardziej przerażeni piesi, a już najbardziej
przerażeni jesteśmy my!
Jak
już nasze serca się uspakajają, parkujemy skutery i idziemy na
śniadanie.
Tym
razem mądrzy po wczorajszych doświadczeniach wybieramy miejsce,
gdzie potrawy są opisane również po angielsku. Uczymy się!
Szkoda, że na błędach!
Wybieram
makaron z kurczakiem w jajku i jestem bardzo zadowolona, bo okazuję
się być pyszne.
Kuchnia
Tajska jest pyszna ale lepiej nie patrzeć w jakich warunkach jest
przygotowywana. Przynajmniej w punktach przy drodze!
Niebo
zaczyna zachodzić chmurami, ale nadal jest gorąco.
Z
Anką postanawiamy znaleźć toaletę, co wcale nie było takie
proste.
Jak
to już bywało wcześniej każdy z zapytanych Tajów kieruje nas w
inna stronę.
Zupełnie
tego nie ogarniam!!!! Mam wrażenie, że nie znają języka i na
odczepnego wskazują nam jakąkolwiek drogę, by się nas pozbyć.
Wcale
to nie śmieszne! W końcu jedna Pani tłumaczy nam, że musimy iść
do Hotelu.
No
ludzie, rożne hotele widziałam, w różnych miejscach spałam ale
to!!! No nie, to nie był Hotel. To nawet nie tani pensjonat, to
miejsce przypominało...właściwie nie mam porównania co mogło
przypominać.
Wejście
jak do kibla (wiem w końcu idziemy do toalety) pełno rozkładających
się śmieci, niemiłosierny smród i syf. Napisano, że wejście
tylko dla obsługi i pozostaje współczuć obsłudze. Przyrzekam
sobie w myślach, że już nigdy nie będę narzekać na toalety w
mojej pracy.
Anka
wchodzi pierwsza, a ja mam czas, by się rozejrzeć. FUJ! Nie chce
się rozglądać tylko wyjść! Na domiar złego, zaczynają mnie
atakować komary. Może i dobrze, bo przestaje myśleć o tym syfie
tylko zabijam jeden po drugim, a i tak nie nadążam.
Jeden
pożera moja nogę a trzy kolejne plecy!
Popędzam
Ankę która tylko krzyczy, że tam jest gorzej! Wyskakuje jak
poparzona z toalety drapiąc się jakby miała pchły.
W
toalecie przyznaje, że jest ich jeszcze więcej. Boje się ściągnąć
gacie!!! To było najszybsze siku w moim życiu.
W
dodatku jeszcze tylu czynności nie wykonywałam przy sikaniu!
Machanie
rękoma, zabijanie komarów, tupanie i wyzywanie pod nosem!
Uff
spodnie na dupę i wybiegam z tej toalety drapiąc się jakbym też
miała pchły!
Pewnie
wszystko kwestia czasu!
Jedziemy
dalej!
Mijamy
po drodze miasteczka, piękne plaże i kierujemy się gdzieś.....
Drugi
przestanek mamy w Wat Plai Laem, Świątyni Buddy.
Jest
to miejsce jak z jakiejś śmiesznej, przerysowanej kreskówki.
Czuje
się bardziej jak w wesołym miasteczku, niż Świątyni.
Kolorowo
do granic możliwości, a posągi świętych są tak groteskowo
przedstawione, że trudno poczuć się jak w miejscu kultu.
Główną
postacią w Świątyni jest Guanyin, chińska bogini miłosierdzia z
18 ramionami, ale według wierzenia, bogini posiada ich znacznie
więcej, by ochronić więcej ludzi przed nieszczęściami.
Dalej
widać posąg uśmiechniętego, zabawnego, grubego Buddy.
Nie
chce wyjść za ignorantkę, ale do mnie to wszystko nie przemawia!
Całe
skupisko posągów oblewają jeziora, gdzie za kilka batów można
nakarmić rybki, dalej są ptaki w klatkach, gdzie za kilka kolejnych
batów, możemy je wypuścić i poczuć się przez to wolnymi.
Zaczynam
się gotować, jest w mojej skali cholernie gorąco! Wchodzę do
jednej z świątyń i wszędzie są kolorowe malowidła, palą się
kadzidła i w tym miejscu mam chwilę by poczuć atmosferę,
podziękować Bogu, że mogę to wszystko oglądać. Klękam i mam
chwilę tylko dla siebie.
Bardzo
blisko znajduje się kolejna Świątynia Wielkiego Buddy, do której
prowadzi malownicza droga z której roztacza się widok na piękne
morze, na którym pływają tajskie łódki rybaków.
Do
świątyni prowadzą wysokie schody pięknie zdobione, a Budda jest
tak duży, że faktycznie człowiek czuje się przy nim malutki.
Jednak
jeden z Mnichów nas zawraca bo jesteśmy nieodpowiednio ubrani.
Mają
tu wieszak z ubraniami który każdy niesforny turysta za darmo, może
założyć by wejść do świątyni.
Na
wieszaku, wiszą kolorowe szlafroki :)
Hmmm
świetny pomysł, tylko z uwagi, że te szlafroki były już nie na
jednych plecach i nie jeden pot spod pachy turystów w nie wsiąkał...
śmierdzą niemiłosiernie.
Obwąchuje
kilka szlafroków, mając nadzieje, że znajdę choć jeden który
nie capi potem zebranym od miesięcy z turystów nieznanego
pochodzenia.
Oczywiście
nie ma na to najmniejszej szansy! Chcesz wejść do Świątyni to
musisz to znieść, myślę sobie i wybieram śmierdzący, różowy
szlafrok! Anka, zakłada swój i mówi, że mam już nic nie mówić,
ona nie chce wiedzieć!
Pięknie
pachnące, w nowych szatach, na bosaka wchodzimy po schodach do
wielkiego Buddy.
Mam
nadzieje, że nie nabędę się jakiejś choroby skórnej tak jak w
Indiach. Choć wysypka na moich udach wcale tej nadziei nie
potwierdza.
Sama
Świątynia ma przepiękny widok, jednak niebo coraz bardziej
zakrywają gęste chmury.
Nie
bardzo czując się komfortowo, wychodzimy i oddajemy jeszcze
bardziej spocone szlafroki dla innych, niestosownie ubranych
turystów.
Jemy
kokosowe lody i jedziemy w dalszą drogę. Prowadzenie skuterów już
nie sprawia problemów. Piotrek z Anką prowadzą pewni siebie i
wszyscy wierzymy, ze wrócimy cali i zdrowi.
Zjeżdżamy
w jakąś losowo wybraną drogę i kierujemy się na plaże.
Miejsce
jest przepiękne. Plaża z białym piaskiem, palmy schodzące do
turkusowej wody i totalne zero turystów i hoteli. Pięknie!
Cudownie!
Czasami
warto po prostu skręcić gdziekolwiek i zobaczyć co jest tuż za
zakrętem!
Kąpiemy
się, choć chmury zaczynają wyglądać dosyć groźnie. Dopiero
pierwsze, grube krople przekonują nas do opuszczenia plaży.
Do
przejechania mamy jeszcze około 2 godzin, nie mówiąc już, ze
chcieliśmy zobaczyć tyle rzeczy.
Jednak
deszcz przeradza się w ulewę, pierwszy raz w Tajlandii robi mi się
zimno.
Wyjmuje
ręcznik i okrywam nim Ankę, która drży i próbuje dostrzec drogę
w strugach deszczu.
Jest
taka ulewa, że już nic nie widzimy, a z nas płyną strugi deszczu.
Zatrzymujemy
się i wyciskamy z siebie wodę. Cudowne uczucie jak robi Ci się
chłodno w Tajlandii!
Wchodzę
pod strugi deszczu i zmywam na chodniku z siebie morską, słona
wodę.
Woda
jak pod prysznicem leje strumieniami, a ludzie tylko się na mnie
patrzą z obawą, że mam niezbyt po kolei w głowie. Biorę sobie
prysznic na chodniku Ko Samui:)
Reszta
podróży jest to po prostu jazda z obolałymi tyłkami w strugach
deszczu do Lamai.
Gdy
Pan z wypożyczalni nas dostrzega widać po jego minie, że ogromnie
się cieszy, że jego skutery są w jednej części. Mówi nam , że
przyszły deszcze i pogoda na Ko Samui na najbliższe dni zapowiada
się deszczowo.
Czyli
pora ruszać z Ko Samui dalej, kupujemy bilety na prom i do Krabi, a
co dalej nie wiemy.
Postanawiamy
zrobić sobie zieloną noc i w 7 Eleven kupujemy piwka i przekąski.
A
przekąski są tam niezwykłe np.: paluszki o smaku krewetek i ryb,
chrupki wieprzowe, chipsy z Duriana i inne, mniam mniam, przysmaki.
Na
tarasie rozkładamy przysmaki i wszystko przepijamy piwem bo inaczej
„rybne słodycze” stają w gardle!
Bawimy
się w najlepsze, bo każde z nas wie, że i tak w tym wilgotnym,
gorącym klimacie nie zaśnie.
Jutro
pobudka o 5 rano:) Mamy czas:) Zawsze mamy czas:)
niedziela, 18 grudnia 2016
Tajlandia Dzień Czwarty
Po trzech dniach podróży
autem, samolotem, kolejką, pociągiem, czerwonym autobusikiem,
autokarem, promem i songthew
Wcześniej wzięłam zimny
prysznic i teraz z radością i ulgą w sercu kładę się do
nieruchomego łóżka. W śpiwór nawet nie wchodzę bo wiem, że nie
ma szans bym w nim wytrzymała. Noce tu są najgorsze, jest jak w
saunie parowej.
Już po 10 minutach,
zaczynam się pocić i odczuwać nieznośna wilgotność i gorąc.
Dodatkowo coś zaczyna
mnie gryźć po nogach. Jakieś małe robaczki przypominające małe
mrówki robią sobie ze mnie ucztę.
Myślę sobie, że nie o
takiej nocy marzyłam i siedzę przy otwartej lodówce by trochę się
schłodzić. Zaczynam w głowie rozmyślać, czy nie iść spać
przed nasz pokój skoro i tak tu są robaki a tam powinno być
chłodniej.
Na dworze jednak nie dość,
że chłodniej nie jest, to prócz gryzących robaków mam nad sobą
stado komarów.
Wracam do mojego loża i
się poddaje, nie walczę już... po prostu gotuje się od środka i
zasypiam.
Moje ciało po całej nocy
służenia jako posiłek, jest całe w bąblach a swędząca wysypka
zajęła już większość moich ud.
Wychodzę przed nasz pokój
i …..leje!!! Nie to, że pada ….jest ulewnie.
Nie znaczy to wcale, że
jest chłodno, tylko krople zlewają się z sobą robiąc kurtynę z
deszczu.
Siadam pod zadaszeniem i
patrze jak Ko Samui tonie w ulewie.
Piotrek dołącza do mnie
z poranna porcją wódki.
Dla zdrowotności i
poprawy humoru pijemy z blaszanego kubka lekarstwo i zaczynamy
rozmyślać co by tu dziś robić.
Deszcz nie ustępuje i
daje nam trochę wytchnienia od słońca.
Czytamy przewodnik i
wiemy, że na wyspie jest więcej rzeczy do robienia niż mamy na to
czasu.
Myślimy, że za moment
lać przestanie i wybierzemy się na Wodospady.
Na Ko Samui jest sporo
wodospadów a najpiękniejszy z nich jest podobno Namuang. Czyli plan
jest, tylko czy pogoda zacznie z nami współpracować?!
Idziemy coś zjeść,
wybieramy miejsce gdzie jest kilka Tajów jako znak, że kuchnia jest
z pewnością bardzo dobra, skoro nie ma turystów tylko Tajowie.
Na wszystkim co możliwe
jak: skrzynie, taborety, ławy, stare pudła, poustawiane są garnki
z potrawami. Nad tym wszystkim fruwają sobie radośnie muchy.
Pachnie....dziwnie, trochę jedzeniem a trochę mokrą, starą i
brudną szmata od podłogi.
Nic to! Pora zjeść
pyszne śniadanko. Piotrek wybiera „coś” a co nie wiemy bo
obsługa nie mówi po angielsku. W każdym razie jest to ryż z
jakimś mięsem.
Ja wybieram też „coś”
tylko dlatego, że Pani potwierdza, że to kurczak.
Ciekawe, czy gdybym
zapytała czy to jest pies, też by potwierdziła.... staram się nie
wnikać, bo może lepiej nie wiedzieć. Nieświadomość wcale czasem
nie jest takim złym stanem.
Ania, patrzy się na muchy
przy garach, brudne talerze i rezygnuje z śniadania.
Pyta tylko czy jesteśmy
pewni, że chcemy tu zostać??? Tak, chcemy odpowiadamy radośni:)
Próbuje zamówić kawę,
ale ku mojemu zdziwieniu maja tylko zimna kawę.
Rezygnuje...wystarczy mi mój kurczaczek z ryżem.
Dostaje swoje danie i
patrze....próbując nazwać to co widzę i....nie potrafię.
Ok ryż widzę, jakieś
warzywka i....coś! To coś mnie przeraża i odbiera apetyt. Wygląda
to jak wątroba i to nie od kurczaka bo jest zbyt duża. Konsystencja
tego przypomina mi gąbkę, zapach....na pewno nie wątroby.....
jakiś mdławy słodki zapach i już ciągnie mnie na wymioty.
Piotrek stwierdza, że to
na pewno tofu. Tofu???!!!! Myślę sobie jak może być brązowe,
wielkie, śmierdzące tofu???!!!! Coś tu nie gra. To nie jest ku.wa
kurczak!!! Sytuacja na talerzu u Piotrka wygląda trochę lepiej, ale
za to śmierdzi jeszcze gorzej. Jeść czy nie jeść?... o to jest
pytanie!
Dłubiemy w talerzach i
staramy się nie wąchać. Anka patrzy na nas i triumfuje, że nie
zamówiła tu niczego. Ludzie zaczynają się nam przyglądać i pod
naporem spojrzeń próbuje wsadzić to coś do ust. Boże....jak to
śmierdzi! Wybieram widelcem produkty które znam, czyli ryż i
warzywa i próbuje nie patrząc na talerz, wsadzić to do ust.
Gryyy.....obrzydliwe! Chyba w tym garze coś zdechło przed paroma
godzinami, lub dniami.
Ma to smak ,o którym
chciałabym zapomnieć. Piotra mina przy spożywaniu posiłku mówi,
że przeżywa to samo co ja. Z naszego całego towarzystwa tylko Ania
nie ma odruchów wymiotnych.
Zaczynamy rozważać co to
właściwie jest na moim talerzu.
Piotrek nawet wziął to
do swoich ust i niestety nie znalazł odpowiedzi na pytanie. Mówi,
że smakuje jak płuco ale przyznaję, ze w sumie to nigdy płuca nie
jadł.
Duże płuco jak na
kurczaka...za duże!
Ja wsadzam kawałek do ust
ale wypluwam.
Mam dosyć śniadania....
nie wiem co to za rodzaj kuchni jest podawany w tej jadłodajni, ale
wiedzieć nie chcemy....nieświadomość nie jest w tym przypadku
zła.
Po wyjedzeniu ryżu i
warzyw cieszymy się, że możemy sobie iść i starać się
zapomnieć.
Na szczęście ulewa
przeszła i zaczyna wychodzić słońce. Możemy iść na wodospady,
jak tylko umyjemy zęby by pozbyć się resztek i smaku śniadania.
Wlewamy jeszcze jedną
porcję leczniczą wódki, bo dziwnie nam w żołądkach bulgocze i
wyruszamy na wodospady. Po doświadczeniach z śniadania, bierzemy
również z sobą zapasy papieru toaletowego, nieufni reakcji naszych
organizmów :)
Kierujemy się do głównej
drogi, która prowadzi wokół całej wyspy Ko Samui.
Jaki fart nas spotkał
myślę sobie, że od razu widzimy drogowskaz który mówi, że
Wodospad 4 km prosto. Super! 4 km to około godzina drogi w tym
upale. Decydujemy się na spacer. Kto by brał taxi jak taki odcinek
pykniemy w godzinkę i może jeszcze coś ciekawego zobaczymy.
Moja naiwność w dalszym
ciągu mnie zaskakuje!
Po drodze trafiamy na
duże targowisko, gdzie pachnie przyprawami a od kolorów warzyw i
owoców kręci się w głowie. Wpadamy na targowisko i kupujemy
świeżo grillowanego, całego suma za 15 zł!!!! Pycha....mięsko
jest świeże i pachnące i Ania może w końcu zjeść śniadanie.
Gubimy się w uliczkach targowiska, próbujemy dziwnych owocy które
są pyszne, soczyste i słodkie od słońca. W dalszej części
targowiska pojawiają się stragany z mięsem. Tu już ładnie nie
pachnie. Temperatura ponad 30 stopni, a świeże mięso leży na
stołach, a role lodówek przejmują jedynie wiatraki. Much jest
pełno i smród tak niemiłosierny, ze uciekamy z tego miejsca.
Myślę, że nasz sanepid musiałby zamknąć większość Tajlandii
za warunki w jakich przygotowywane są posiłki. A jednak jak widać,
wbrew warunkom ludzie tu żyją i maja się dobrze:)
Podoba mi się w
Tajlandii, że to co u nas w Europie jest czystą niedorzecznością
i niemożliwością, to tu jest powtarzającym się schematem.
Panuje tu bieda, ludzie w
większości nie gromadzą rzeczy jak w europie a cieszą się tym co
mają.
Mają też większe szanse
na wyjście z nędzy. Przypuśćmy, że tu ktoś traci dach nad głową
i pracę. Nie ma socjalu, ale ten ktoś może otworzyć swój własny
biznes i sprzedawać owoce przy ulicy, kiedy się trochę dorobi,
może przygotowywać posiłki ale ma szanse utrzymać siebie i swoja
rodzinę. U nas??!! U nas nie może nic, nie może nawet sprzedać
kwiatków, bo musiałby płacić podatki i zarejestrować
działalność. Jest uzależniony od Państwa, skazany na życie w
nędzy i pomoc ludzi. Odbiera się mu jakąkolwiek nadzieję na
wyjście z nędzy. Nie podoba mi się to!
Powinien mieć tak jak tu
szanse, utrzymania siebie i rodziny z własnej pracy bez utraty
godności.
Idziemy już w upale ponad
godzinę główną drogą i jak wodospadów nie było tak nie ma!
Pytam Pani o drogę a ona mi mówi coś co zrozumiałam jako 10 min prosto....hmmmm no ok tylko dlaczego zaraz potem mówiła z niepokojem „weźcie taxi” No na logikę, jeśli to 10 min...po cóż nam taxi????!!!!
Pytam Pani o drogę a ona mi mówi coś co zrozumiałam jako 10 min prosto....hmmmm no ok tylko dlaczego zaraz potem mówiła z niepokojem „weźcie taxi” No na logikę, jeśli to 10 min...po cóż nam taxi????!!!!
Idziemy...toż to przecież
10 min......
Tutaj zawsze jest gorąco.
Możemy mówić tylko że jest gorąco, bardzo gorąco lub cholernie
gorąco!
Opisywanie ciepła tutaj
możemy robić tylko stopniując słowo gorąco. Na tą chwile
oceniam jako „gorąco” więc ogólnie pewnie nie jest
tragicznie....
Mając w sercu marzenie,
że za 20 min maksymalnie zanurzymy się w toni zimnej wody w
wodospadzie, idzie się nam lekko i nie zapalają się nam żadne
czerwone światełka w głowie ostrzegające, że z tymi podawanymi
dystansami coś jest nie tego ;/
Kolejna miejscowość i
kolejne targowisko.....MNIAMI!!!!
Przy ulicy ciągną się
stragany z pysznościami.
Na podstawkach leżą
prażone czy smażone karaluchy giganty, koniki polne, świerszcze,
larwy i jakieś inne smakowite robactwo.
Wygląda to dla mnie tak
samo interesująco co obrzydliwie.
Patrzymy się tylko na
siebie i wiadomo, że zaraz będziemy kosztować tych smakołyków.
Pytam Pana które są
najlepsze i Pan z pełna powagą rekomenduje larwy!
Kurde....no serio???!!! Z
wszystkich tych obrzydliwości, największa obrzydliwość może być
najpyszniejsza???
Nie możemy się
zdecydować, które robaczki wybrać na nasza przekąskę.
Pan sprzedawca jednak
wziął sprawy w swoje ręce i do woreczka nasypał po łyżeczce z
każdego robactwa które posiadał. Posypał je jakąś przyprawą,
potrząsną i życzył smacznego.
Hmmm ok.....kto pierwszy
zaczyna???? Tak, Piotrek po śniadaniu naszym, jest chyba odporny na
wszelakie ohydności, bierze największego świerszcza i z uśmiechem
odgryza mu całą głowę.
Słyszę tylko jak głowa
świerszcza chrupie w ustach Piotrka. Po minie widzę, że świerszcz
jest chyba lepszy niż śniadanie i biorę świerszcza bez głowy i
gryzę jego tułów...
Chrup, chrup....wszystko
zgrzyta w moich ustach. Pierw, czuję pikantną przyprawę a reszta
raczej jest bez smaku. Jest to tak wysuszone, że w środku nie ma
nic.
Coś jak chipsy, tylko, że
wysuszone kończyny i wnętrzności świerszcza przyklejają się do
podniebienia. Zabieramy się za kolejne robaczki, aż przychodzi czas
na ponoś na pyszniejszą larwę:) Hmmm....no to już wyższa szkoła
jazdy włożyć to do buzi. Piotrek wkłada, gryzie i mówi, że
tak!!!! To faktycznie jest najpyszniejsze! Zachwala jakie to smaczne.
Opowiada, że nie jest
takie suche i w środku ma miękki puderek, który przypada mu do
gustu. Mniami.......! Jak można się oprzeć takiej rekomendacji. No
cóż.... Chcecie wiedzieć jak smakuje najpyszniejsza larwa????
Pojedzcie i sami spróbujcie!
Po przerwie na lunch z
robaków, pytamy jak daleko do wodospadów bo zaczynamy się lekko
niepokoić, czy my tam przed zmrokiem dojdziemy. Okazuję się, że
kolejna osoba mówi, byśmy wzięli taxi, wyjaśniając, że
drogowskazy u nich podają dystans do pierwszego skrzyżowania.
Wybuchamy śmiechem z
własnej czystej głupoty, choć stwierdzamy, że spacer był super i
nikt go nie żałuje.
Łapiemy środki
transportu i lekko się targując wsiadamy na pakę auta. Jedziemy z
dobre 20 minut!!! Całe szczęście, że dotarło do nas, że jak Taj
mówi weź taxi to trzeba przemyśleć dlaczego ???? !!!
Dojeżdżamy do drogi
która ma nas poprowadzić do zimnej wody wodospadów.
Jesteśmy już na pewnej
wysokości, w środku gęstej dżungli i wilgotność powietrza robi
się nieznośna. To już nie pot a strumienie potu się z nas leją.
Komary się zlatują i nawet Muga (środek przeciw komarom) nie jest
wstanie ich powstrzymać. Tym bardziej, że preparat przeciw komarom
spływa z nas razem z potem.
Wspinamy się drogą w
górę, co chwilę stając i łapiąc powietrze. Już nie strugi potu
a wodospady po nas spływają. Czym wyżej, tym bardziej wilgotno.
Nigdy w życiu tak nie brakowało mi tlenu jak tam. Pot spływał po
mnie i mogłam być żywym wodospadem....!.
Wyobrażam sobie dziewiczy
wodospad, przynajmniej taki jak widziałam w Meksyku. Zaciskam zęby
i razem z spoconymi towarzyszami docieramy do fermy słoni.
To smutne miejsce, nie
wiem jak można tu szukać rozrywki. Słonie przywiązane łańcuchami,
z obciętymi kłami stoją smutne i poranione jako atrakcje dla
ucieszonych turystów.
Atrakcja nie dla nas.
Głaszcze jednego słonia który trąbą rozwala Ani okulary dając
nam do zrozumienia, co on o ludziach myśli.
Idziemy dalej, ku naszemu
rozczarowaniu, nie jest to miejsce w żaden sposób dziewicze.
Mnóstwo turystów i
zrobionych pod nich atrakcji. Docieramy do bramki, gdzie kupujemy
bilet, do parku gdzie znajduje się wodospad.
Wodospad....wyobrażamy
sobie go jako....no kurde wodospad! Jakiś już wielkich oczekiwań
nie mamy, ale to co widzimy jako wodospad jest rozczarowaniem i
śmiechem w jednym.
Mała, usypana sadzawka z
sztucznie pompowaną do niej woda i zjeżdżalnią.
Siadamy i nie możemy się
z tym pogodzić! Że co? To ma być ten piękny wodospad????
Idę do Pani z obsługi i
pytam wskazując palcem na sadzawkę, czy to jest wodospad? Liczę,
że zaprzeczy, ale kiwa głową, że a i tak owszem to
wodospad....Masakra.
Mój wizerunek wodospadu
rozsypuję się na małe kawałeczki.
Ponieważ, nie mam sił
nawet się złościć wskakuje do mini wodospadu który co najwyżej
może być jej kiepską parodią i raduję się choć tym, że woda w
sadzawce jest chłodniejsza niż powietrze.
Zimna nie jest, ale
przynosi ulgę! Wskakujemy wszyscy, nikt nic nie mówi o pięknie
tego miejsca tylko kpimy z sytuacji, ciesząc się chłodną wodą.
Jednak postanawiamy się
przejść dalej wzdłuż dróżki za sadzawką. Ku naszej wielkiej
radości, powoli wynurza się z gąszczu prawdziwy wodospad. Nie jest
on dziewiczy, bo ludzi jest sporo ale jest wodospadem.
Idziemy żwawo ciesząc
oczy przepiękna scenerią.
Wspinamy się po śliskich
kamieniach wzwyż wodospadu. Nie jest lekko wchodzić pod nurt i to
jeszcze w górę, ale dochodzimy naprawdę wysoko! Miejsce jest
pienne, woda chłodna, wszystko wydaje się takie nierealnie piękne.
Tu na górze jesteśmy sami, woda strumieniami spada na nasze ciała
i czujemy się jakbyśmy stali na szczycie jakiegoś wymarzonego
wierzchołku góry.
Czas mija, a my siedzimy i
cieszymy się każda ulotna, mijającą chwila chcąc jak
najwyraźniej wszystko zapisać w wspomnieniach.
Szczęśliwy wracamy na
dół, robi się już ciemno. Czyli jest przed 18:00. Zauważamy, że
nasza sadzawka jest pusta, ogólnie nie ma już ludzi. Jesteśmy
tylko my....nikogo więcej. Cudownie!
Ale cóż to???? Brama
wejściowa w parku jest zamknięta na gruby łańcuch! YYYY...i co
teraz???!!!
Zamknęli nas na noc w
Parku???? No na to nie byliśmy przygotowani ani trochę! Błądzimy
po parku w poszukiwaniu kogokolwiek kto by mógł nam pomóc, jednak
miejsce jest zupełnie pozbawione istot żywych. Jednak był powód
dlaczego w pewnym momencie tylko my byliśmy na wodospadzie!!
W końcu jedyne wyjście
które nam wpada do głowy to przejść jakoś ponad bramą!!!!
Ania wpada jednak na
pomysł, że można przejść trzymając się bramy która z boku
zawieszona jest nad przepaścią. Trochę ryzykowne ale nie chcemy tu
zostać całą noc! Ania przechodzi trzymając się bramy kurczowo i
jest na drugiej stronie żywa i cała. Ja natomiast zauważam, że
brama jest dosyć wysoko zawieszona i przeciskam się pod nią.
Trochę się w niej zaklinowałam ale od czego ma się przyjaciół.
Anka chwyciła moje nogi i rysując moje plecy przeciągnęła mnie
pod przejściem.
Z większymi i mniejszymi
urazami jesteśmy po drugiej stronie parku!!!! Było Super:) Uśmiech
z naszych twarzy nie znikają!!!! Do czasu! Trzeba przecież jakoś
wrócić do Hotelu a to kawał drogi. Auta tu nie jeżdżą, ogólnie
jesteśmy dosłownie w czarnej du..pie!
Idziemy i próbujemy łapać
stopa. Na szczęście w Azji nie jest to wcale trudne. Zatrzymuje się
Toyota z wielka paką na którą po chwili wskakujemy. Uradowani
mkniemy ulicami, wspominając dzień i radując się przygodą która
trwa.
Wysiadamy przy targowisku,
głodni pędzimy kupić coś do jedzenia.
Mam ochotę na coś
słodkiego. Widzę Panią która robi jakieś placuszki z kremem i
„czymś”. Pachnie słodko i już wiem, że muszę tego spróbować.
Wygląda to smakowicie, więc wkładam do ust i jest dla mnie wielkim
zaskoczeniem, że to jest słodki, chrupki placek, z pysznym słodkim
kremem i.......RYBĄ!!!!!!!!!!!!!!!!
Ten dzień mogę śmiało
zaliczyć do najbardziej ciekawego pod względem odkryć
kulinarnych!!!
Zbieramy się do Hotelu.
Tracimy ochotę na jedzenie na dzisiaj! Za dużo wrażeń!.
W pokoju piekielnie duszno
i gorąco!!! Otwieramy piwo i wspominamy..... było cudownie jutro
będzie nowy, ciekawy dzień.... tylko trzeba przetrwać noc!
wtorek, 13 grudnia 2016
Tajlandia - Dzień Trzeci
Budzą
mnie odgłosy sprzedawców którzy punktualnie od 6:00 rano,
krzykiem zachęcają do zakupu kawy, herbaty, kurczaków i innych
przysmaków.
Zamiast
kupić od nich cokolwiek, wyobrażam sobie jak cierpią katusze w
ramach kary za to, że zostałam tak brutalnie obudzona.
Próbuję
przeczekać natarcie tuląc się do poduszki, ale głośne krzyki i
nawoływania nie ustępują.
W
końcu się poddaje i z przekleństwami na ustach wstaje z kuszetki.
Idę się odświeżyć w naszej luksusowej toalecie.
Zauważam,
że na ramionach pojawiły się już pierwsze sine otarcia od
plecaka, a na udach dziwne, czerwone plamy z swędzącą wysypka.
Nie
poświęcając długiego czasu na stan fizyczny mojego umęczonego
ciała idę zobaczyć jak reszta ekipy przyjęła pobudkę.
A
przyjęła ją chyba podobnie jak ja bo widzę , że Piotrek trzyma
już dla mnie nalaną w kapsel wódkę jako porcja witamin z samego
rana i lekarstwo na nerwy.
Czyżby
poranek był, aż tak brutalny by od 6:00 pić ?
Nie
ma to jak czysta, ciepła wódka na pusty żołądek.
Pokonuje
silne odruchy wymiotne i zabieram się do przyjęcia leczniczej dawki
alkoholu z rana.
Wódka
i jej lecznicze właściwości na wakacjach, są znane w większości
podróżujących osób.
Osobiście
uważam, że to mit ale nie przeszkadza mi to profilaktycznie zażywać
raz dziennie!
Cóż
jeśli nie na żołądek to na poprawę humoru z pewnością pomaga:)
W
końcu po tak rozpoczętym dniu nawet krzykliwi sprzedawcy zaczynają
być sympatyczni i kupujemy dziwne mięsko na patyku.
Pełni
nadziei, ze lekarstwo poranne uratuje nasze żołądki, wcinamy
mięsko niepewnego pochodzenia i pakujemy nasze plecaki.
Wysiadamy
na stacji w Surat Thani i nagle z czterech stron świata atakują nas
Tajowie.
Otaczają
nas w kółeczko, nie pozwalając na ucieczkę i nawzajem się
przekrzykują.
Każdy
z nich przekonuje nas, byśmy wybrali jego środek transportu, którym
to zawiezie nas najtaniej i najszybciej do wybranego miejsca i celu.
Uparcie
jeden po drugim pytają dokąd chcemy się dostać.
Zupełnie
nie ogarniają, że my nie mamy bladego pojęcia gdzie....
Z
tą samą upartością co oni, tłumaczymy im nasze podejście i po
pewnym czasie rezygnują z kwaśna miną jeden po drugim.
Atak
Tajów mobilizuje nas by zaplanować najbliższe godziny podróży.
Ogólnie
każdy z nas ,w duszy marzy by się w końcu zanurzyć pod zimną
wodę i spłukać z siebie nadmiar kurzu i potu.
Patrzymy
na mapy i widzimy, ze najbliżej miejscowości w której jesteśmy,
znajdują się wyspy takie jak Ko Samui, Phangan i Ko Phaluai.
Decydujemy,
że płyniemy na jedną z nich.
Musimy
się dostać do centrum Surat Thanii i dworzec.
Ignorujemy
wszystkich naganiaczy i wybieramy transport autobusem.
Autobusy
w Tajlandii to prawdziwa frajda dla europejczyka.
Kolorowe,
malutki, bez klimatyzacji za to z wiatraczkami, drewnianymi podłogami
i zdziwionymi, sympatycznymi Tajami.
Wsiadamy
w czerwony autobus i cieszymy się samym byciem w tym czerwonym
cudeńku.
Po
pierwszym przystanku coraz bardziej jednak nurtuje nas pytanie gdzie
my mamy wysiąść? Jakoś nikt z nas wcześniej nie zadał sobie
tego jakże ważnego pytania.
Nikt
w autobusie nie zna angielskiego, a tym bardziej polskiego, a my nie
znamy Tajskiego.
Sytuacja
robi się zabawna, bo cały autobus chce nam pomoc, ale nie potrafi.
Próbujemy
się porozumiewać w języku ogólnoludzkim, czyli machamy rekami,
robimy dziwne miny, próbując całym ciałem powiedzieć o co nam
chodzi jednak prócz ogólnego rozbawienia nic nie zyskujemy.
Czyżbyśmy
utknęli w autobusie i będziemy w nim jeździć cały dzień po
Surat Thani?
Gdzie
ten czerwony autobus nas zawiezie?
Robi
się coraz bardziej tłoczno, a pozostali podróżujący,coraz mniej
się nami przejmują jedynie w ich oczach maluje się ciekawość.
Wsiadają
na szczęście dzieci z pobliskiej szkoły. Wszystkie w mundurkach,
zadowolone i pewnie szczęśliwe, ze lekcje się skończyły. Nie
spodziewają się, że widzę w nich naszą jedyną możliwość
opuszczenia czerwonego autobusu przed zmierzchem :)
Tak
to nasza szansa! Od razu atakuję niczego nieświadome dzieci,
licząc, ze w szkole z pewnością mają angielski a wychowanie nie
pozwoli im zostawić nas biednych turystów w pułapce jakim stał
się czerwony autobus.
Od
razu łapię kontakt z dziewczynką o pięknym imieniu : ชัชชนก
Śliczne
imię prawda?
ชัชชนก
zaszokowana
moim „psim” spojrzeniem i prośbą o pomoc wyjmuję smartphona i
powoli zaczynam wierzyć, że kiedyś opuszczę czerwony autobus.
Jej
angielski nie jest idealny ale JEST!!!! Co nie może powiedzieć,
tłumaczy na telefonie i już wiemy, że ona nie wie gdzie mamy
wysiąść :)
Super,
wiemy, ze nadal nic nie wiemy:) Ale już jej nie odpuszczam, bo jest
dla nas ostatnia deska ratunku!.
W
końcu ชัชชนก
zaczyna
za nas pytać innych podróżujących co i jak.
Znów
cały autobus skupia na nas swoją uwagę i każdy bierze udział w
rozmowie o naszej najbliższej przyszłości.
ชัชชนก
przekazuję
nam informację, ze Pani/Pan ( nie potrafię określić płci) która
zajmuje się kasowaniem za bilet, powie nam gdzie mamy wysiąść.
Uff! Znów się udało!
Dalej
już podróżuje się fantastycznie,ชัชชนก
opowiada
nam o swoim Królu, ludzie robią sobie fotki z nami i mam pierwsza
przyjaciółkę na wyjeździe z która do tej pory utrzymuje
kontakt:) Choć do tej pory nie potrafię wypowiedzieć jej imienia
do końca życia zostanie w moich wspomnieniach.
ชัชชนก
wysiada
i zostawia nas w dobrych rękach Pani/Pana która wskaże nam miejsce
w którym opuścimy czerwony autobusik.
Zatrzymujemy
się na dworcu gdzie wszyscy wysiadają i zostajemy tylko my!!!!
To
koniec trasy czerwonego autobusika.
Hmmm
co jest grane???? Wysiadam ale Pan/Pani za rękę wciąga mnie z
powrotem do autobusu... próbuje tłumaczyć, ze chciałam jedynie
zapalić ale Pan/Pani usilnie pokazuje mi, ze mam wejść do pustego
autobusu.
Nie
spieram się dłużej, wsiadam i tylko czekam co się stanie dalej.
Gorzej być nie powinno.
Autobus
tylko z nami zmienia kurs i podwozi nas pod kasy, gdzie możemy kupić
bilety na prom.
Tego
jeszcze nie było! Właśnie dlatego uwielbiam podróże, tyle
niezwykłych przygód, wręcz zaskakujących nas spotyka.
Który
autobus w Polsce zmieniłby kurs by zawieźć zagubionego turystę
pod kasy biletowe???? O nie tego w Polsce nie da się przeżyć!
Tak
skupiliśmy się na byciu w czerwonym autobusie, że nadal nie wiemy
na którą wyspę chcemy się udać????
Staję
zatem przy okienku i z promiennym uśmiechem pytam Panią:
- Na której wyspie jest najładniej???
- Ko Samui – odpowiada Pani
- To poproszę trzy bilety na Ko Samui na pierwszy możliwy prom.
I
tak właśnie planuje się podróż! Piotrek i Anka chyba się
już oswajają z moim organizowaniem podróży i tylko się
uśmiechają nie komentując:)
Jesteśmy
już tak zmęczeni i tak bardzo chcemy odpocząć, że rezerwujemy
sobie Hotel na Ko Samui by nie tracić resztek energii na szukanie
spania. Jest to hotel po prostu najtańszy na liście, nawet nie
czytamy opisu. Jest dach nad głową to wystarczy.
Na dworze robi się gorąco, jest koło południa i zaczynamy opadać z
energii.
Na
szczęście prom przypływa o czasie. W dolnej części promu pod
dachem nie da się wytrzymać.
Jest
tam jak w piekarniku. Sufit zrobiony jest z blachy, zero przewiewu
więc nie ma mowy byśmy tam przetrwali żywi 2 godzinną podróż.
Górny
pokład ma co prawda świeże powietrze, ale też nie ma ani ławek,
ani dachu chroniącego od słońca. Na szczęście znajdujemy skrawek
cienia i rozkładamy się z plecakami skupieni na 2 metrach
kwadratowych cienia! Obok naszego promu pływają delfiny co nas
raduję. Widzimy też, że ten piękny kraj niestety nie dba o
środowisko i w turkusowej wodzie pływaka plastikowe butelki i inne
odpady, a z kominów promu wydobywa się gęsty, czarny dym. Przykre
to jest, mam nadzieję, że kiedyś ludzie się obudzą i zaczną
szanować planetę która nas karmi. Myślę, że dopiero jak uschnie
ostatnia roślina, zabijemy ostatnie zwierze, zrozumiemy, że
pieniędzmi nie możemy się najeść.
Płyniemy
i marzymy by było troszkę, troszeczkę chłodniej. Przestaje już
powoli cieszyć się widokiem a zaczynam marzyć o zimnej Polsce!!!
W
końcu wpółprzytomni dopływamy na miejsce.
Nie
damy się naciągnąć taksówkarzom i od razu korzystamy z
songthaewa.
Kto
nie wie to już tłumacze co to jest za środek transportu...jest to
autko z paka z tyłu dla około 8 osób, choć i 12 pewnie by się
upchało!
Ogólnie
w Tajlandii, nikt nie interesuje się bezpieczeństwem ludzi, więc
sama paka nie jest niczym zabezpieczona.
Można
zatem,wyskoczyć z niej w dowolnym momencie, w sposób zaplanowany
lub niezaplanowany również.
Jedziemy
do Hotelu, który będzie dla nas niespodzianką. Nauczeni przykładem
pociągu marzeń, nie snujemy już fantazji na temat luksusów,
których w nim doświadczymy. Pan kierowca nie wie gdzie ten Hotel
jest. Dobrze to wcale nie wróży. Świadczy to raczej o tym, że
normalni turyści go unikają jako niegodny spędzenia w nim
wymarzonego urlopu. Hmmmm ciekawe dlaczego drodzy czytelnicy???
Szukamy
razem z kierowcą Hotelu o którym nikt nie widział i nic nie
słyszał.
W
końcu docieramy na miejsce do naszego Hotelu, gdzie mamy zamiar
wypocząć i się UMYĆ! Zaczynamy marzyć już o bardzo prostych
rzeczach.
Hotel
robi wrażenie bardzo pozytywne, cisza i zieleń, małe domki
rozmieszczone wzdłuż alejki.
Serio
nie ma się czego czepnąć! No ok...nie jest to Resort z basenem i
atrakcjami, ale na nasze wymagania to i tak więcej niż
potrzebujemy.
W
recepcji wita nas uśmiechnięta od ucha do ucha Pani. Odpowiada na
wszystkie pytania i jest przesympatyczna. Czego Hotel nie ma w
standardzie to ta miła Pani rekompensuje:)
Wchodzimy
do pokoju i już wiemy, że będzie w nim gorąco....piekielnie
gorąco.
To
takie piekiełko na ziemi. Robimy przeciąg choć wiemy, że tym
samym wpuszczamy robactwa do pokoju. Wole mieć tlen z robakami, niż
brak robaków i brak tlenu.
Kąpiel!!!
Jest nawet ciepła woda, ale kto by w tej sytuacji korzystał z
ciepłej wody??!! Ok Anka!!!
Anka jest odporna chyba na te mordercze temperatury i potrafi nawet spać
w śpiworze kiedy ja stoję przyklejona do otwartej lodówki by mieć
namiastkę klimatyzacji. Szacun dla niej!
Po
szybkiej zimnej dla mnie i ciepłej dla Anki kąpieli idziemy na
upragnioną plażę.
Miasto
w którym jesteśmy jest położone przy plaży Lamai. Jest to typowo
turystyczna miejscowość gdzie nawet znajdziemy MC Donaldsa.
Plaża
jest przepiękna, szeroka, z białym piaskiem który łączy się z
turkusem morza. Palmy i różne drzewa z pięknymi kwiatami,
oddzielają ją od miasteczka.
Rozglądamy
się, rzucamy ręczniki i biegniemy do upragnionej wody by przyniosła
ukojenie!
Biegniemy
i biegniemy i....cholercia ta woda nie przynosi ukojenia! Jest tak
samo ciepła jak powietrze. Nic to! Nie ważne! Jesteśmy w
Tajlandii, w morzu turkusowym jak z okładki i nic nie może zepsuć
nam humoru!
Chlapiemy
się w wodzie podziwiając otoczenie.
Przepiękna
paleta barw, cudne skały okalające plaże i ten turkus morza
połączony z białym piaskiem i zielenią Palm.
Czuje
się jakbym znalazła się w Raju...może i jestem w Raju, takim moim
miejscu na ziemi:)
Gdy
nacieszyliśmy się już troszkę morzem, piachem i widokami,
wyruszyliśmy na spacer wzdłuż plaży. Doszliśmy aż do skał
znanych w przewodnikach jako Dziadek i Babka:)
Czemu???
Zobaczcie zdjęcia i sami oceńcie.
Przy
tych skałach zastaje nas przepiękne widowisko jakim jest zachód
słońca.
Siadamy
na skałach, otwieramy piwo i prawie w ciszy obserwujemy spektakl
jaki matka natura nam przygotowała.
Słońce powoli zmienia barwy od
złotej po krwistą czerwień i niknie gdzieś za górami dając nam
możliwość poczucia się w właściwym miejscu i czasie.....
Czas
się zatrzymał, nigdzie nie pędzimy.
Jesteśmy po prostu w cudnym
miejscu, razem i obserwujemy jeden z najpiękniejszych zachodów
jakie widziałam w życiu!
Czasem trzeba się tak zatrzymać,
przestać pędzić, po prostu żyć tu i teraz....
Subskrybuj:
Posty (Atom)